![]() |
fot. Wikipedia Commons |
Szok, jaki wywołała śmierć Chestera Benningtona wśród fanów na całym świecie, wydaje się zupełnie uzasadniony. Teraz, po fakcie wszystko układa się w obrazek człowieka zagubionego w sytuacji w jakiej się znalazł, ale wcześniej? Niezwykle silna i wyrazista postać, która przeszła w swoim życiu dużo więcej niż zwyczajni ludzie. W momencie, gdy wydawało się, że pokonał wszystkie przeciwności i znalazł się na prostej pokazał nam coś zupełnie innego. Jego droga najzwyczajniej w świecie dobiegła końca.
Poruszam ten temat, bo czuję, że muszę coś napisać. Jak pewnie wielu fanów, bo takim mogę się nazwać po 5-6 latach aktywnego śledzenia poczynań Linkin Park. Faktycznie, nie zaczynałem od "Hybrid Theory" i pewnie mam nieco inne doświadczenia z zespołem niż większość jego sympatyków, ale śmierć jej wokalisty uderzyła we mnie równie mocno. Wciąż ciężko przechodzi mi to przez myśli, ale gdy prześledzi się ostatnie dokonania LP i słowa Chestera, coraz łatwiej przychodzi zrozumieć, co się stało i jakie miało podłoże.
W sieci coraz częściej udostępniane są dwa spore wywiady, których muzyk udzielił Bild Musik oraz stacji 102.7 KIISFM. Pomijając filmy na YouTube z tytułem "CHESTER BENNINGTON LAST INTERVIEW", które są po prostu clickbaitem warto się wsłuchać w to co mówi. Obie rozmowy nie miały być raczej zdominowane przez temat jego życia i depresji, ale uwidocznił w nich sporo z tego, jak obecnie wygląda jego psychika. W pierwszym z nich opowiada o uczuciu odrzucenia kompletnie wszystkiego i wszystkich od siebie i wspomina, że w rozmowie z jego terapeutą przyznał nawet, że gdy ten zapytał go, czy nie chce już być żywą istotą odpowiedział, że to dokładnie stan, którego by chciał. W tym momencie Mike zaczyna się śmiać. Chester milczy chwilę i do niego dołącza, ale wygląda to jakby kolega z zespołu zauważył u przyjaciela to jak bardzo zatraca się w mówieniu o swoich problemach. Chwilę później wypowiada się długo o tym, jak ważną rolę w zespole odgrywa Bennington.
W drugim, samotnym wywiadzie wokalista mówi o tym stanie jeszcze więcej. Odnosi swoje uczucia do tekstów z albumu "One More Light", do których były inspiracją. Dla mnie jednak najważniejszym zdaniem w kontekście całości i wydarzeń z zeszłego tygodnia, jest to gdy mówi o przebywaniu samemu. Twierdzi, że nie może zbyt długo zostawać daleko od swoich znajomych, rodziny czy członków zespołu. To pokrywa się z okresem, w którym Chester popełnił samobójstwo. Zespół miał akurat przerwę w trasie, a Chester przebywał w swojej prywatnej rezydencji, odpoczywając. Dokładając do tego wpływ jaki miała na niego śmierć przyjaciela Chrisa Cornella (Nie chodzi mi juz nawet o to, że data jego śmierci to także rocznica urodzin członka Soundgarden, wszystko mi jedno czy ktoś to łączy czy nie. Bardziej chodzi mi o samą ich więź i to, jak Chester czuł się po tym wydarzeniu. To najprościej sprawdzić podczas wykonania "One More Light" w programie Jimmy'ego Kimmela, gdy zadedykowali ją zmarłemu muzykowi.) uzyskujemy pełny obraz człowieka, który nie daje sobie rady z odpędzaniem się od złych myśli.
Tym tekstem nie chcę nikogo obwiniać, czy rozliczać. Chcę tylko nakreślić obraz Chestera, takiego jakim był w ostatnich miesiącach. Bardzo dużo słuchałem nowego albumu, na którym podobne przesłania jak te wspomniane wcześniej w tekście można znaleźć bez wysiłku. Mi ta pomogła się odprężyć w wielu sytuacjach, pomyśleć o wielu sytuacjach na chłodno. I nie chodzi mi tu tylko o utwór "Heavy", który wszyscy już pewnie zdążyli zrozumieć i skrytykować. "Nobody Can Save Me", "Good Goodbye" z niezwykle wymowną sceną w teledysku czy utwór tytułowy będący podsumowaniem wszystkiego i niezwykłą balladą na temat utraty kogoś ważnego. Tego utworu słucham ostatnio najczęściej. Jest najpiękniejszy na całej płycie, jego tekst i lekkość jest niezwykły. Po śmierci Chestera dla mnie tę lekkość niestety utracił i stał się niemalże tak gorzki do wysłuchania jak do zaśpiewania dla wokalisty LP po śmierci Chrisa Cornella. Niezwykle szanowałem osobę, jak i talent Chestera. Wydaje mi się, że ocenianie go na podstawie tego, że miał kiedyś kłopoty z narkotykami i alkoholem zerojedynkowo nie jest w porządku. Bo gdy zagłębimy się nieco w jego problemy widać, że pochłonęło go coś zupełnie innego. Depresja to potężna choroba, która pochłonęła miliony ludzi na całym świecie, wiele także ze świata muzycznego. Nie każdy umie sobie z nią poradzić, a Chester wydaje się być osobą, która niestety tę być może najważniejszą walkę w życiu przegrała. Zostanie jednak zapamiętany jako legenda, zwłaszcza poprzez to, co reprezentował własną twórczością. I tak silnego jak podczas przedstawiania jej na żywo chciałbym go zapamiętać.